Objawienia Maryjne roku 1877 część 1.

ks. Paweł Grzesiak

Są lata, które bez wahania nazywamy przełomowymi. W 1492 roku Krzysztof Kolumb odkryciem Ameryki zmienia mapę świata i wyobraźnię Europejczyków. W 1543 Mikołaj Kopernik, kanonik warmińskiej kapituły, ogłoszeniem dzieła De revolutionibus orbium coelestium… przewartościowuje sposób patrzenia na wszechświat. W 1789 roku Rewolucja Francuska otwiera epokę gwałtownych przemian politycznych i społecznych. Takie daty łatwo zapadają w pamięć – uczymy się ich jako punktów zwrotnych dziejów. Czy jednak do tej samej kategorii można zaliczyć rok 1877?

Gietrzwałd (w czasie objawień) – ilustracja z książki ks. Franza Hiplera Objawienia Matki Bozkiéj w Gietrzwałdzie dla ludu katolickiego podług urzędowych dokumentów spisane, wydanej w Braunsbergu (Braniewie) w 1878 roku.

Na pierwszy rzut oka nie wydaje się on szczególny. W Europie trwała wojna rosyjsko-turecka (1877-1878), której konsekwencje odbiły się echem w napięciach bałkańskich przed 1914 rokiem. Thomas Edison skonstruował fonograf – urządzenie, które zapoczątkowało epokę zapisu dźwięku. Były to wydarzenia istotne w skali międzynarodowej. Czy jednak nimi żył niewielki Olsztyn, w tamtym czasie Allenstein, w Prusach Wschodnich? Czy rozpalały opinie publiczną małego miasta? Czy onich faktycznie rozprawiano na rogach ulic? Trudno powiedzieć. Wiadomo natomiast, że jeden czerwcowy dzień tego roku sprawił, iż myśli narodu żyjącego pod zaborami skupiły się wokół pobliskiego Gietrzwałdu, wówczas zwanego Dittrichswald.

Dnia 27 czerwca pokazała się w Przasnyszu w guberni płockiej, miasteczku o13 mil od Gietrzwałdu odległym, od godziny 10 przed południem aż do 2-giej godziny popołudniu jasna światła droga na niebie, która się wydawała około metra szeroka. Szła od południa na północ… Tę światłą drogę spostrzegło wielu mieszkańców miasta i okolicy, przy czym wzmiankowano, że ta droga wskazuje z Częstochowy do Prus i dlatego pewnie będzie miała stosunek do Matki Boskiej… Wielu pielgrzymów zapewniało, że idąc tylko za kierunkiem tej drogi, trafiło do Gietrzwałdu i do celu doszli… tym spotkaniem się tego i gietrzwałdzkiego widzenia w jednym dniu, uwaga narodu polskiego rzeczywiście od początku w niezwyczajnym stopniu na Gietrzwałd wskazana została.
Od półtora wieku niezwykła droga nieprzerwanie prowadzi do Gietrzwałdu rzesze pielgrzymów. Każdy, kto wyrusza na tę łosierę, niesie własne pytania i oczekiwania, szuka czegoś wyjątkowego.

Wieczór 27 czerwca



W Gietrzwałdzie koniec czerwca, jak w każdej małej warmińskiej wiosce, był wyjątkowo intensywny. Przygotowanie obejścia, pierwsze pokoszone łąki i ciągłe wpatrywanie się w niebo, czy przyniesie czerwiec burze. Każdy chciał wyrobić się ze swoimi pracami przed wigilią świętych Piotra i Pawła, w całej diecezji warmińskiej dniem wyjątkowo świątecznym. Dla gietrzwałdzkiej parafii dzień wspomnienia Apostołów był jeszcze bardziej uroczysty, odkąd ówczesny rządca diecezji, biskup Ignacy Krasicki, w czerwcu 1790 roku nadał parafialnej świątyni dwa nowe tytuły: św. Apostołów Piotra i Pawła oraz św. Jana Ewangelisty. Ważne były te przygotowania do małego odpustu, a jeszcze ważniejsze do nadchodzącej pierwszej lipcowej niedzieli. Proboszcz ksiądz Augustyn Weichsel zaplanował bowiem, że wtedy czterdzieścioro ośmioro dzieci szkolnych po raz pierwszy w pełni uczestniczyć będzie w Eucharystii, przyjmując komunię świętą. Wszystkie dzieci, wyuczone dokładnie katechizmu, w środę popołudniu stawiły się na plebanii, aby zaliczyć swój ostatni egzamin przed pierwszą komunią. Odpowiadały dzielnie na pytania proboszcza do późnego wieczora. Pośród nich była także Justyna Szafryńska.

Okładka najnowszego wydania (wyd. Fronda 2025) zestawu tekstów źródłowych: Objawienia Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie ze źródeł autentycznych na miejscu i z różnych pism 1878 A. Samulowskiego oraz Objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie podług urzędowych dokumentów spisane za pozwoleniem ks. biskupa Warmińskiego autorstwa ks. prof. F. Hiplera nie tylko opisujących przebieg wydarzeń, ale także atmosferę tamtych czasów, wielkie duchowe poruszenie Polaków i wielotysięczne pielgrzymki do sanktuarium w Gietrzwałdzie.

Jak egzamin? Poradziłaś sobie dobrze? – pełna troski zapytała Anna z domu Szlonga, wdowa po młynarzu Szafryńskim, co odszedł był niespełna dziewięć lat wcześniej. – Nie przyniosłaś aby wstydu?
Matka doskonale wiedziała, że Justyna słabo radzi sobie z nauką, ale serce ma czyste i pragnienie przyjęcia komunii świętej ogromne. – Mama, ja bardzo dobrze umiałam – odpowiedziała Justyna.
Ksiądz proboszcz wiele mnie się pytał, ale mogłam na wszystko odpowiedzieć; jeszcze bym więcej mogła, gdyby mnie więcej pytał – dodała zdecydowanie zadowolona z wyniku egzaminu.

Obie szły równym krokiem drogą z Gietrzwałdu przez Woryty do Nowego Młyna (Necmühl), gdy doszły do stodoły plebańskiej, dzwon wezwał jednostajnym biciem na Anioł Pański. Matka odmawiała modlitwę, wciąż żwawo podążając w stronę domu. Chciała jak najszybciej dojść na miejsce, było bowiem już po godzinie dziewiątej, a niebo zaczynało się chmurzyć. Córka zostawała jednak w tyle. Na zachętę Matki, aby przyspieszyć kroku,

Justyna zawołała: – Czekajcie no, matuchno, aż zobaczę, co to jest to białe tam na
tym drzewie i gdzie zostanie.

Jedna ze stron wydawnictwa Objawienia Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie autorstwa Stanisława Romana i Andrzeja Samulowskiego opublikowanego w Gietrzwałdzie w roku 1878.

Anna zupełnie nie zrozumiała, o czym mówi dziewczynka, gdy ta jednak nie chciała ruszyć z miejsca, zapytała ją w końcu, co widzi.

Matuchno, widzę cóż co jest tak wielkie i wygląda jak człowiek. Matka przecierała oczy ze zdumienia, wpatrywała się w miejsce, które tak dziwnie adorowała córka, nic bowiem nie widziała. Justyna dodała: – Drzewo całe jest jasne, może się drzewo pali albo co innego.

Ogromny klon stał jednak tak samo jak od dobrych kilkuset już lat na swoim
miejscu, raz go prawdopodobnie uderzył piorun, urąbawszy jeden konar ogromnych rozmiarów wielki w obwodzie jak człowiek. Tam właśnie zdawała się wpatrywać dziewczynka. Ludzie we wsi mawiali, że czasem się jakoby dusze zmarłych innym objawiały, aby o modlitwę prosić. Anna nie zastanawiała się nigdy nad takimi sprawami, dlatego już chciała upomnieć córkę drugi raz, kiedy z naprzeciwka dojrzała proboszcza. Ksiądz Weichsel wracał akurat z wieczornej przechadzki.

Jakżeż, moje dziecko, teraz pewnie się cieszysz, że będziesz w przyszłą niedzielę przyjęta do komunii świętej – zagadnął dziewczynkę proboszcz. Ta jednak nie odpowiadała. Matka natychmiast, z nieukrywanym rozdrażnieniem, wyjaśniła, że córka nie chce się ruszyć w kierunku domu, mimo że pora późna i raz za razem ogląda się na klon przy plebanii, twierdząc, że widzi jakąś wielką jasność i postać całą w bieli. Proboszcz zainteresował się tym wyjątkowym zjawiskiem. Poprosił, aby podeszli do drzewa oddalonego o około dwieście kroków. Weszli do ogrodu, aby przyjrzeć się mu dokładniej.
Zbliżali się tam w milczeniu. Kiedy znaleźli się dziesięć kroków od klonu, Justyna wskazała palcem miejsce między dwoma suchymi gałęziami i wyjaśniała, z wypiekami na twarzy, że piękna dziewica w bieli, z długimi jaśniejącymi włosami za ramiona spływającymi, siedzi tam na wysadzanym perłami złotym tronie.

Nawiązujący do Objawień wizerunek Matki Bożej na polichromii na suficie kościoła w Gietrzwałdzie, wykonanej przez Justyna Bornowskiego, najwybitniejszego XIX-wiecznego malarza diecezji warmińskiej.

„Wyglądać to może jak Najświętsza Panienka” – pomyślał proboszcz i kazał dziecku odmówić modlitwę Zdrowaś Maryjo, po której chciał ją odesłać do domu.

Gdy tylko Justyna posłusznie zmówiła modlitwę, zawołała z dziecięcą radością
w głosie: – O, teraz wszystko jeszcze jaśniejsze. A teraz przychodzi dzieciątko z nieba w białym, żółto jaśniejącym odzieniu, na piersiach złotem zapięte, ze złotymi skrzydełkami i z białym wieńcem na głowie.
Ksiądz Augustyn, jeszcze bardziej zdumiony, słuchał, jak dziecko dokładnie opisywało to dziwne widzenie.
A teraz, teraz kłania się nisko dzieciątko dziewicy. A teraz, wstaje panna i wstępuje do nieba z dzieciątkiem po lewej stronie. A tu u góry samo niebo bez obłoków. Potem jeszcze chwilę wpatrywała się lśniącymi oczami w niebo, gdy dodała: – Oto wszystko znikło i tylko teraz jasność widzę – żeby zaraz uzupełnić: – Już nic nie widać.
Cisza cięższa niż te czerwcowe wieczorne chmury wypełniła szczelnie cały ogród. Justyna wpatrywała się w księdza proboszcza, jakby chciała z jego twarzy wyczytać wyjaśnienie, czego właśnie była świadkiem. Proboszcz pozostawał chwilę bez ruchu, wyraźnie poruszony tym, co wydarzyło się przed chwilą w parafialnym ogrodzie. Pytania kołatały się w głowie: „Czy to, aby Boże widzenie się dokonało? Czy nie szatańskie to oszustwa? Czy aby na pewno Matka Najświętsza z dzieciątkiem dała się dziecku zobaczyć?” Gonitwę myśli przerwał widok szeroko otwartych oczu milczącej dziewczynki, która wciąż wyczekiwała odpowiedzi.

Nie bój się przecie, przybądź jutro o tej porze znowu do ogrodu i odmawiaj różaniec – powiedział, uspokajając dziewczynkę i wyprowadzając ją z ogrodu.

Kiedy Justyna wróciła do matki, przypatrującej się wszystkiemu z daleka, usłyszała pełne matczynej troski mieszającej się jednocześnie z czystą, ludzką ciekawością: – Cożeś też teraz tam widziała?
Dziewczynka natomiast, na co dzień spokojna i małomówna, teraz zupełnie blada jeszcze z przejęcia, z oczami szeroko otwartymi, odpowiadała, z wyjątkową stanowczością i pewnością: – O mateczko, bardzo piękną pannę, a była żywa. Patrzyła na mnie i na księdza proboszcza, taka jasność była nad nią, takie jasne promienie, że nie mogłam wcale wytrzymać. Było mi od tego zupełnie ciemno przed oczami, tak iż nic więcej nie widziałam. A na koniec dodała: – Dostałam wielki strach; chciałam wrzeszczeć, ale nie mogłam; chciałam uciekać, ale nie byłam wstanie ruszyć się z miejsca. Jak ksiądz proboszcz do mnie mówił, dziwowałam się, bo myślałam, żem była sama z tą piękną panią, że ksiądz proboszcz już odszedł i że sąd ostateczny nadszedł.
Matka zdumiona była tym, co usłyszała. Ruszyła z córką wartkim krokiem w kierunku domu, bo pora była już zdecydowanie zbyt późna. Myślała sobie tylko, co spotkało jej córę, czy aby nie postradała zmysłów, ale przecież wiedziała dobrze, że mała Justyna zdrowa jest zupełnie na ciele i duszy. W ciszy zdążały obok siebie do domu matka z córeczką. Szły razem, a jakby obok siebie. Matka modliła się z lękiem. Córka – z wdzięcznością.

Wieża kościoła pw. Najświętszej Marii
Panny w Gietrzwałdzie.

Justyna Szafryńska

Justyna Augusta Szafryńska urodziła się w ostatnim dniu marca 1864 roku. Podczas pierwszego objawienia miała 13 lat. Była córką Wilhelma, miejscowego młynarza, który zmarł dość wcześnie. W dniu objawień jej matka, Anna z Szlongów, miała 43 lata. Po pięciu latach wdowieństwa wyszła ponownie za mąż i wraz z mężem wyrobnikiem Gramszem oraz dziećmi zamieszkała w Nowy Młynie. Dzieciństwo upływało Justynie na nauce w szkole, a także pracy przy wypasie gęsi u Grossów, gospodarzy z Woryt, u których mieszkała także w czasie objawień. Ze wspomnień Andrzeja Samulowskiego dowiadujemy się jak wyglądała.

Augusta była średniego wzrostu, o małej, biernej postawie, chudawej twarzy; jej ruchy były umiarkowane i skromne (…). Twarz miała bladą, pociągłą, ale dosyć regularną, bez szczególnych cech wyróżniających ją spośród rówieśniczek. Nawet jej oczy, bladoniebieskie, spokojne, niezbyt żywe, zdawały się być zwrócone raczej do wnętrza niż ku światu zewnętrznemu.

Jeden z licznych obrazków przedstawiających historię objawień gietrzwałdzkich.

O jej usposobieniu z kolei świadczy relacja zamożnego i poważnego gospodarza z Woryt, Józefa Grossa:

Co do jej charakteru i jej prowadzenia nie mogę nic ujemnego powiedzieć. Nie spotkałem u niej żadnej przebiegłości. Okazuje się skromną i naturalną, nie chodzi ze spuszczoną głową i w czasie, jak do nas przychodzi, jest świeżą i wesołą. Zawsze dobrze się prowadzi i posłuszna i chętna do pracy. Mogę jeszcze dołączyć, że w czasie objawień niekiedy od pewnych osób, które mnie odwiedziły i dziewczynce dali się przedstawić, z prośbą by przyjęła podarunki, które jednak zawsze odmawia. Ogólnie biorąc, o prawdziwości i szczerości tej dziewczynki w wyżej wspomnianym wypadku jestem zupełnie przekonany.

Prostota, szczerość i dziecięcy brak obłudy wydają się tu kluczowe. Prawdopodobnie dlatego właśnie na świadków licznych objawień maryjnych – jak w Lourdes czy później w Fatimie – Matka Boża wybierała dzieci. Podobną historię obserwujemy w Gietrzwałdzie. Szafryńska nie była postacią posągową ani w żaden sposób egzaltowaną. Świadectwa z tamtego czasu nie rysują obrazu osoby nadzwyczajnej w sensie psychologicznym. Przeciwnie – pokazują prostą, spontaniczną dziewczynkę, której codzienność nie różniła się od życia innych dzieci warmińskiej wsi. Wicerektor seminarium duchownego w Braniewie, ksiądz Józef Kolberg, w liście do biskupa warmińskiego Filipa Krementza opisywał ją jako dziecko o „czystym i szczerym spojrzeniu”. Zauważał przy tym drobne, naturalne cechy jej zachowania – przed ekstazą miała zwyczaj ziewać, a po jej zakończeniu wracała do normalnego stanu bez oznak teatralności czy napięcia:

Ich spojrzenie jest czyste i otwarte; chociaż u Szafryńskiej, której szyja z natury posiada miejsce wysunięte do przodu, można zauważyć również spojrzenia na bok i z dołu (…) Jakiś czas przed ekstazą, która pojawia się podczas odmawiania drugiej lub trzeciej tajemnicy różańcowej i trwa ok. 10-12 minut, starsza Szafryńska zwykła ziewać dwa, trzy razy, podobnie po tym, jak ekstaza się skończyła.
Rysuje nam się zatem portret uśmiechniętej, radosnej trzynastolatki, która w innych okolicznościach prawdopodobnie nie zostałaby zauważona. Była zatem zwyczajną dziewczynką – i to czyni tę historię tak bardzo niezwykłą.

Wydarzenia czerwca 1877 roku sprawiły, że dziecięca codzienność Justyny dobiegła końca szybciej, niż mogła się spodziewać. To w tej codzienności rozegrały się wydarzenia, które na zawsze zapisały się w historii Gietrzwałdu. Niespełna dwa miesiące po zakończeniu objawień, aby uchronić ją przed naciskami władz pruskich, została oddana pod opiekę sióstr ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (szarytek). Do jej losów jeszcze powrócimy. Gdy nad Gietrzwałdem zapadała czerwcowa noc 1877 roku, nikt nie przypuszczał, że mijający dzień odmienił nie tylko życie trzynastoletniej dziewczynki, lecz także duchową historię Świętej Warmii.

Obecnie droga z Gietrzwałdu do Woryt
to Warmińska Droga Krajobrazowa – jedyny park kulturowy na Warmii
i Mazurach. Dzięki staraniom lokalnej
społeczności, poprzez jego utworzenie
prawnie zabezpieczono stary drzewostan przydrożnej alei w celu zachowania specyficznego charakteru alei, który od zawsze odciskał swe piętno na lokalnym krajobrazie.

Kolejne dni objawień

Nazajutrz, 28 czerwca 1877 roku, Gietrzwałd obudził się wcześnie. Z kościelnej wieży popłynęło dzwonienie na poranną modlitwę, a po wiejskich drogach ruszyli ludzie – do pól, do obejść, do cudzych gospodarstw. Wszyscy spieszyli się, bowiem uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła była wielkim świętem. Obchodzono ją, wstrzymując się od ciężkich prac i uczestnicząc w uroczystym nabożeństwie. Józef i Karolina Samulowscy w Worytach uwijali się wokół domu, by za chwilę ruszyć do pracy u bogatych gospodarzy.

Obraz objawień NMP w Gietrzwałdzie – malował Jan Molga.

W Nowym Młynie Justyna nie potrafiła znaleźć sobie miejsca – wciąż wracała myślami do wczorajszego wieczoru, do wyjątkowego spotkania i do polecenia proboszcza, by przyjść znowu o tej samej porze pod klon. Zazwyczaj, gdy wybierała się do Gietrzwałdu, a to na lekcje do wiejskiej szkoły, a to do kościoła, Justyna odwiedzała zaprzyjaźnioną rodzinę Karoliny i Józefa Samulowskich. Tego dnia nie było inaczej. Kiedy dziewczynka wyruszyła na wieczorną modlitwę pod klon, zgodnie z zaleceniem proboszcza, nim dotarła do Gietrzwałdu, zastukała do znajomego domu w Worytach.
Cię widzieć! – zawołała głośno dwunastoletnia Basia, córka Samulowskich, witając w drzwiach swoją dalszą kuzynkę. Dziewczynka cieszyła się jeszcze zdanym wczoraj egzaminem z katechizmu i przygotowaniami do niedzielnych uroczystości pierwszej komunii świętej. Pani Karolina, odkrawając pajdę chleba, by poczęstować dziewczynkę w drodze, zapytała: – A dokąd ty się wybierasz, dziecko? Zaraz zacznie zmierzchać.

Wtedy Justyna z dziecięcą prostotą i szczerością opowiedziała im o wczorajszym zdarzeniu przy klonie, a także o poleceniu księdza proboszcza, by wrócić tam na modlitwę dziś o tej samej porze. To ja też tam z tobą pójdę! Czy mogę mamusiu? Mogę? – dopytywała Basia, od młodości bowiem miała upodobanie w modlitwie i nabożeństwach.

Jej matka myślała, że Justyna może uroiła sobie to wszystko, ale nie chcąc zabraniać dzieciom modlitwy, pozwoliła córce dołączyć. Dziewczęta ruszyły razem pod klon przy kościele. Po drodze zabrały ze sobą jeszcze jedną koleżankę ze szkoły – Franciszkę Kozę. Na miejscu uklękły z nabożnością pierwszokomunijnych dzieci i rozpoczęły modlitwę, wspólnie odmawiając głośno 15 tajemnic różańca, jak nauczyły się tego podczas majowych nabożeństw. Gdy dzwon wybił wezwanie na „Anioł Pański”, jasność ogarnęła drzewo. Justyna porównywała to później do błyskawicy. Szczegółowy opis cudownej Pani, którą widziały dziewczynki, trafi ł także do kościelnych raportów. Tak opisywał to wydarzenie w swoim sprawozdaniu ks. Hipler:

Niezwykła jasność, jaśniejsza od śniegu otaczała ją wraz z błękitnym obłokiem. (…) Cała postać zresztą miała całkiem określone pewne zarysy, nie jak malowany lub rzeźbiony obraz, ale jak prawdziwe żyjące ciało, różniące się chyba tylko blaskiem i pięknością od zwyczajnej postaci niewieściej. (…) Cudowne widzenie chwilę siedziało spokojnie, poczem dwóch aniołów przyniosło z nieba jaśniejące dzieciątko odziane w białą złotem tkaną szatę. Dziecię to trzymało w lewej ręce błyszczącą kulę z krzyżykiem u góry, prawa ręka spoczywała na prawym kolanie.

Ten urzędowy opis – suchy i precyzyjny – pokazuje, że od początku starano się notować relacje możliwie dokładnie, a nie tylko powtarzać je jako wiejską opowieść. 28 czerwca, zaraz po ukończonym nabożeństwie, dokładnie sprawę z tego, co widziała, zdała Justyna, opowiadając wszystko, jak tylko umiała najdokładniej. księdzu proboszczowi. Chwilę po niej stanęła przed proboszczem Barbara. Mówiła spokojnie i uparcie, opisując dokładnie to samo, co przed chwilą Justyna – jakby powtarzała tę samą scenę słowo w słowo. Proboszcz jednak nie uwierzył. Uznał, że dziewczynka usłyszała wszystko od Justyny i odesłał ją do domu. Basia wróciła, a w domu tłumaczyła rodzicom, że nie wymyśla. A gdy w kolejnych dniach sytuacja się powtórzyła, proboszcz nadal ją odprawiał – chcąc sprawdzić, czy nie jest to jedynie dziecięca gra.

Cudowne objawienia Najświętszej Maryi w Gietrzwałdzie – grafi ka ze zbiorów Muzeum Archidiecezji Warmińskiej.

Barbara Samulowska

Barbara Samulowska urodziła się 21 stycznia 1865 roku w Worytach – niewielkiej wsi oddalonej zaledwie opół kilometra od Gietrzwałdu. Przyszła na świat w małym domku państwa Samulowskich jako trzecia, najmłodsza z rodzeństwa. Jej matka Karolina, z domu Barczewska, ojciec Józef prowadzili życie wyjątkowo skromne i dbali o religijne wychowanie swoich dzieci.

Figura Matki Bożej z Dzieciątkiem
znajdująca się nad wejściem do bazyliki
gietrzwałdzkiej.

Wspomnienia krewnych nie rysują wizerunku cichego, zamyślonego dziecka. Przeciwnie — pokazują dziewczynkę pełną ruchu i temperamentu. Tak zapamiętał ją jeden z krewnych, Andrzej Samulowski: Twarzyczkę miała bardzo nieregularną; zadarty nosek, szerokie usta, zza których nieustannie wyzierały rzędy niezbyt drobnych białych ząbków; oczy czarne i płoche; cera oliwkowa, a włosy ciemne. Barbara niemal nie chodziła, ciągle skakała. Gdy próbowano ją zatrzymać, ledwo się obejrzała, ledwo posłuchała i zaraz znikała dalej.
Była obrazem niczym nieskrępowanej swobody, prostoty i dziecięcej niewinności, jak przystało na wiejską dziewczynę z zakątka kraju, o którym nikt dotąd nie słyszał. Ubiór Barbary (…) był bardzo skromny i ubogi.

W tym opisie nie ma nic z egzaltowanej wizjonerki — jest żywioł, spontaniczność i dziecięca niecierpliwość. Nic w jej wyglądzie ani w zachowaniu nie zapowiadało nadzwyczajnej roli, jaką miała wkrótce odegrać. Jak wspominała jej matka, Barbara modliła się chętnie i głośno, bez wstydu i bez skrępowania. W szkole uczyła się dobrze i szybko przyswajała nowe treści. Była bystra, ruchliwa i pewna siebie – zupełnie inna w temperamencie niż Justyna. A jednak to właśnie ona miała stać się drugim głosem tej samej historii – głosem, który wzmocni wiarygodność wydarzeń i sprawi, że przestaną być jedynie doświadczeniem jednej dziewczynki. Jeśli 27 czerwca 1877 roku był dniem osobistego doświadczenia Justyny, to 28 czerwca uczynił z gietrzwałdzkich objawień wydarzenie wspólnotowe

Dni próby pod klonem

Ksiądz Augustyn Weichsel nie potrafi ł jeszcze nazwać tego, z czym przyszło mu się zmierzyć. Pobożne pragnienie cudu ścierało się w nim z chłodnym realizmem odpowiedzialnego duszpasterza. Powracały pytania: Czy to dziecięca wyobraźnia? Nieuświadomione oszustwo? A może — co budziło w nim największy lęk — zwodnicza manifestacja złego ducha? Postanowił czekać.

Filip Krementz (1819-1899) – biskup warmiński w latach 1868-1885, od 1885 r. arcybiskup metropolita Kolonii, a od roku 1893 – kardynał prezbiter.

29 czerwca zjawienie wyglądało tak samo jak dzień wcześniej. Dlatego zaznaczył wyraźnie, że jeśli zjawienie powróci jutro, Justyna ma w końcu zapytać, czego ta Pani żąda. 30 czerwca dziewczęta ponownie uklękły pod klonem. Gdy rozpoczęły modlitwę, widzenie wróciło. Tym razem Maryja ukazała się mniej uroczyście niż w dzień świętych Apostołów – bez Dzieciątka i bez towarzyszących Jej aniołów. Obraz był prostszy, spokojniejszy, jakby bardziej skupiony. Po zakończonym nabożeństwie proboszcz jak zwykle zebrał relacje od dziewcząt osobno. Justyna przekazała słowa, które – jak twierdziła – usłyszała w języku polskim: Ja żądam, abyście codziennie różaniec odmawiali. Barbara powtórzyła, że widziała dokładnie to samo, co Justyna. Proboszcz wysłuchał dziewcząt, lecz wciąż nie miał pewności. Poprosił więc, aby przyszły znów pod klon w dzień pierwszej komunii świętej. Polecił im wtedy zapytać widzenie, kim jest, oraz czy chorzy mogą w to miejsce przychodzić. Tak się stało.

Pierwszy lipca 1877 roku był dla dziewcząt dniem bardzo uroczystym i pełnym emocji: po raz pierwszy w pełni uczestniczyły w Eucharystii. Gdy wieczorem przyszły pod klon, zgromadziło się tam na modlitwę różańcową wielu pobożnych mieszkańców wioski, zachęconych wczorajszą wiadomością. Justyna klęczała niedaleko drzewa, gdy w tym samym miejscu co zawsze pojawiła się Piękna Postać. Zgodnie z poleceniem księdza proboszcza zapytała, kim jest. Usłyszała w odpowiedzi: Jam jest Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta.

Chciała jeszcze zadać kolejne pytania, lecz widzenie zniknęło.
Basia tego dnia doznała jeszcze większego smutku. Nie zobaczyła na klonie nic poza wielką jasnością. To utwierdziło księdza Augustyna w przekonaniu, że choć dziewczynka może mówić prawdę, jej relacja wymaga szczególnej ostrożności. Nie wykluczał, że jej doświadczenie może rodzić się bardziej z pragnienia widzenia niż z rzeczywistego objawienia.

Dzisiaj jaśniejąca Pani mi się nie pokazała – mówiła od progu domu ze łzami w oczach. – Może źle się modliłam… może zrobiłam coś złego…
Basia, która swoim pogodnym usposobieniem zwykle wnosiła tyle radości do domu Samulowskich, tego wieczoru nie dała się pocieszyć. Rodzina udała się na spoczynek w milczeniu, przygnębiona jej łzami.
Karolina przed snem odmówiła jeszcze swoje wieczorne modlitwy. Kończyła nowennę przed uroczystością Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny.

Gietrzwałdzka ikona Madonny z Dzieciątkiem oraz dwoma aniołami trzymającymi wstęgę z napisem: Witaj Królowo Niebios, Witaj Pani Aniołów.

W ciszy izby zapraszała Maryję, niegdyś posłaną do betlejemskiej szopy, aby zechciała zamieszkać także w ich domu. Gdy wypowiedziała ostatnie słowa, usłyszała cicho: Niepokalane Poczęcie.
Nie umiała powiedzieć, skąd dobiegł ten głos ani kto go wypowiedział – słyszała go jednak wyraźnie.
Spojrzała raz jeszcze na córkę, której łóżeczko stało kilka kroków od matczynego posłania, z wdzięcznością za dzień jej pierwszej komunii i z cichą troską o to, co przyniesie poranek.
Rano jednak Basia była radosna jak zwykle. Matka, zdziwiona tak nagłą odmianą, zapytała, co się stało i skąd ta pogoda ducha.
O matulku, nie mówcie nic… Najświętsza Panna była tu u mnie.
Kędy ona weszła? Przez drzwi? – dopytywała matka. W jej głosie pobrzmiewało rozbawienie, zmieszane z zaciekawieniem.
O nie – odpowiedziała Basia z przejęciem. – Przyszła tak jak na drzewie. Jeden raz była tam – Basia wskazała palcem miejsce – siedziała na swoim zwykłym tronie przy moim łóżku. Pytałam ją, jak kazał ksiądz proboszcz, kto ona jest, i odpowiedziała: Ja jestem Niepokalane Poczęcie. A kiedy chciałam pytać dalej, powiedziała jeszcze: Nie smuć się, moja córeczko – i potem wszystko zniknęło.
Pani Karolina słuchała w milczeniu. Nie przerywała, nie dopytywała więcej. Słowa córki brzmiały w niej jak echo nocnego szeptu. Nie potrafiła jeszcze tego pojąć. Czuła jedynie, że dzień, który zaczął się zwyczajnie, przynosi pytania, na które sama nie potrafiła odpowiedzieć.

Objawienia – czym są?

Każdy, kto przybywa do Gietrzwałdu, prędzej czy później zadaje pytanie: czym są objawienia? Czy chodzi o prywatne wizje, religijne uniesienia, czy o coś więcej?

Kapliczka w Worytach.

W języku wiary katolickiej „objawienie” nie oznacza niezwykłego zjawiska ani nadzwyczajnego widzenia. Oznacza działanie Boga, który sam wychodzi ku człowiekowi i odsłania przed nim prawdę o sobie. Chrześcijaństwo wierzy, że Bóg nie pozostawił człowieka w niewiedzy, lecz objawił się w historii – poprzez proroków, a ostatecznie w osobie Jezusa Chrystusa.
Katechizm Kościoła Katolickiego, który w uporządkowany sposób przedstawia podstawowe prawdy wiary chrześcijańskiej, zasady życia moralnego, znaczenie sakramentów oraz modlitwy przypomina w punkcie 50., że: za pomocą rozumu naturalnego człowiek może w sposób pewny poznać Boga na podstawie Jego dzieł. Istnieje jednak inny porządek poznania, do którego człowiek nie może dojść o własnych siłach; jest to porządek Objawienia Bożego.
Pełnia tego poznania dokonała się w osobie Jezusa Chrystusa. Objawienie publiczne zostało zakończone – nie pojawi się już nowa prawda wiary, która zmieniłaby Ewangelię. Dla wierzących – a nawet dla sceptyków przyjmujących historyczność chrześcijaństwa – w tym miejscu wszystko wydaje się jasne. Wydarzenia takie jak Gietrzwałd należą jednak do innej kategorii. Katechizm nazywa je „objawieniami prywatnymi” i wyjaśnia w punkcie 67.: W historii zdarzały się tak zwane objawienia prywatne; niektóre z nich zostały uznane przez autorytet Kościoła. Nie należą one jednak do depozytu wiary. Ich rolą nie jest „ulepszanie” czy „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomoc w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej.

Oznacza to, że nawet jeśli Kościół uznaje autentyczność danego objawienia, nie staje się ono nowym dogmatem. Może jedynie przypominać to, co już zostało objawione – i wzywać do nawrócenia w konkretnym czasie i miejscu. Trochę jak ze światłem. Objawienie publiczne jest jak słońce – jedno i wystarczające. Zaś objawienia prywatne będą w tym przypadku jak lampy zapalane w różnych epokach, by przypomnieć o świetle, które już świeci. Skoro objawienia prywatne nie należą do depozytu wiary, Kościół nie przyjmuje ich automatycznie. Przeciwnie – bada je z dużą ostrożnością. Bada zgodność przekazu z nauką wiary, wiarygodność świadków, brak sprzeczności psychologicznych, motywu zysku oraz duchowe owoce.
Na tym tle łatwiej zrozumieć ostrożność księdza Augustyna i dokładność, z jaką w1877 roku spisywano relacje dziewcząt. Dopiero w tym kontekście można właściwie spojrzeć na to, co wydarzyło się pod gietrzwałdzkim klonem.


CZĘŚĆ 2.