ks. Paweł Grzesiak
Uwaga władzy kościelnej
Biskup Filip Krementz wracał właśnie z długiej podróży na Litwę, gdzie udzielał sakramentu bierzmowania. W drodze wpadła mu w ręce królewiecka gazeta opisująca wydarzenia w Gietrzwałdzie. Informacje były na tyle obszerne, że nie sposób było je zignorować. Zaniepokojony, po powrocie do rezydencji biskupiej we Fromborku, spodziewał się znaleźć w oczekującej poczcie szczegółowe wyjaśnienia. Nie znalazł jednak żadnej wiadomości z parafii. Zwrócił się do archiprezbitera Augustyna Karau, wieloletniego proboszcza parafii św. Jakuba w Olsztynie w piśmie z 2 sierpnia z wyraźną uwagą: „Ksiądz proboszcz Weichsel do tego czasu nie uważał za potrzebne o tych wydarzeniach powiadomić swoją najwyższą władzę duchowną”.

Domagał się dokładnego i wyczerpującego sprawozdania. Zainteresowanie biskupa było szczere, ale i roztropne. Nie chciał dawać duchowego przyzwolenia czemuś, co nie zostało jeszcze zweryfikowane. Obawiał się również zamieszania wśród wiernych diecezji, jeśli wiadomości okażą się przesadzone lub nieprawdziwe. Nie poprzestał na korespondencji. W czasie podróży z Głotowa przybył do Gietrzwałdu 4 września. Z okna plebanii obserwował wieczorne modlitwy i zachowanie widzących. Zadawał pytania bezpośrednio dziewczętom oraz przekazywał później kolejne, przez innych. Zdziwiło go, że przez dwa miesiące żadna komisja lekarska nie zbadała jeszcze dziewcząt. Tymczasem objawienia trwały już od końca czerwca. Padło wiele pytań, udzielono wielu odpowiedzi. Wydarzenia nabierały rozgłosu, a napływ pielgrzymów rósł z każdym tygodniem. W tej sytuacji szczególnej wagi nabierała postawa miejscowego proboszcza. To on jako pierwszy musiał rozeznać, czy ma do czynienia z łaską, złudzeniem czy niebezpiecznym złudzeniem religijnym. To na nim spoczywał obowiązek spisania relacji i przekazania ich przełożonym.
Ksiądz Augustyn Weichsel przystąpił do sporządzenia szczegółowego opisu wydarzeń z czerwca i lipca. W jego zapiskach widać zarówno duszpasterską troskę, jak i wyraźne pragnienie prawdy. Wiedział, że odpowiada nie tylko za dwie dziewczynki, lecz za całą parafię – i za konsekwencje, jakie te wydarzenia mogą przynieść. Kiedy jednak biskup zażądał sprawozdania, proboszcz wiedział, że będzie musiał opisać także dzień 24 lipca – dzień, w którym po raz pierwszy pojawiła się różnica w relacjach dziewcząt.
Ksiądz Augustyn Weichsel

w Pieniężnie 3.09.1830 r. w rodzinie niemieckiej. Święcenia kapłańskie otrzymał 8.06.1856 r. Prawdopodobnie w seminarium nauczył się języka polskiego, gdyż znajomość dwóch języków, polskiego i niemieckiego, była potrzebna w pracy duszpasterskiej w wielu parafiach warmińskich. Był wikariuszem w Klebarku, Lamkowie i Barczewie. Po dziewięciu latach wikariuszowania, 27.03.1865 r.,
został proboszczem w Klonie, w powiecie szczycieńskim. Była to nowa parafia utworzona rok wcześniej. 25.08.1869 r. ks. Augustyn został mianowany proboszczem w Gietrzwałdzie. Tu pracował aż do śmierci, będąc świadkiem wydarzeń, które zmieniły oblicze religijne Warmii. Zmarł 3.02.1909 r. w Gietrzwałdzie, przeżywszy 79 lat, w tym 53 lata w kapłaństwie. (J. Rosłan, Ks. Augustyn Weichsel,
adonai.pl, 13.09.2023 r.)
W roku 1877 ksiądz Augustyn Weichsel miał czterdzieści siedem lat i ponad dwadzieścia lat kapłaństwa za sobą. Nie był młodym entuzjastą ani człowiekiem skłonnym do religijnych uniesień. Lata duszpasterstwa nauczyły go, że wiara potrzebuje nie tylko gorliwości, lecz także roztropności. Proboszcz odpowiadał nie tylko za modlitwę wiernych, ale za ład w parafii i spokój sumień.
Urodził się 3 września 1830 roku w Pieniężnie (Melsack), w rodzinie Ignacego i Anny z domu Bludau. Ojciec był tkaczem. Warsztat nie przynosił dużych dochodów, a w domu bywały okresy dotkliwego niedostatku. Po latach wspominał w kazaniu, że jako dziecko doświadczył biedy tak głębokiej, iż zdarzyło mu się ukraść bułkę na jarmarku. Nie opowiadał o tym dla efektu – raczej jako o przestrodze i świadectwie, że zna kruchość ludzkiej natury.
Szkołę powszechną ukończył w rodzinnym mieście, gimnazjum w Braniewie. Nie należał do uczniów wybitnych, był jednak wytrwały i systematyczny. W wieku dwudziestu pięciu lat wstąpił do seminarium duchownego w Braniewie, rozpoczynając studia filozoficzno-teologiczne. Jako alumn dał się poznać jako człowiek zdyscyplinowany, pilny i poważny w podejściu do obowiązków. Święcenia kapłańskie przyjął 8 czerwca 1856 roku we Fromborku. Posługiwał kolejno w Klebarku Wielkim, Lamkowie i Barczewie. Z czasem powierzono mu zadanie wymagające nie tylko duszpasterskiej gorliwości, ale także organizacyjnej sprawności – budowę kościoła w Klonie, w okolicach Szczytna. Tam ujawniły się cechy, które w Gietrzwałdzie miały okazać się szczególnie ważne: cierpliwość, konsekwencja i umiejętność porządkowania spraw.
W trzynastym roku kapłaństwa objął parafię w Gietrzwałdzie, zastępujące księdza Józefa Jordana, który wkrótce został nauczycielem języka polskiego w braniewskim seminarium duchownym. Zmiana proboszcza nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego – była jednym z wielu ruchów personalnych w diecezji warmińskiej.
Parafia nie była duża; w dniu objawień liczyła około czterystu wiernych. Na wzgórzu stał gotycki kościół z drewnianą wieżą, obok niego cmentarz i plebania. Rozbudowę świątyni rozpoczęto jeszcze za księdza Jordana, a ukończono już za czasów księdza Weichsela. W kościele od drugiej połowy XIV wieku szczególną czcią otaczano obraz Matki Bożej, już wówczas nazywanej Matką Bożą Gietrzwałdzką.
Ksiądz Weichsel nie należał do duchownych poszukujących niezwykłości. Strzegł porządku roku liturgicznego, dbał o katechizację dzieci i codzienną dyscyplinę religijną wiernych. W liście do biskupa podkreślał, że modlitwy pod klonem odbywają się zgodnie ze strukturą nabożeństwa różańcowego zaczerpniętą z powszechnie używanych modlitewników, wymieniając konkretne modlitwy i ich kolejność. Jego posługa miała charakter spokojny i systematyczny.
I właśnie na niego – człowieka bardziej administrującego niż wizjonerskiego – spadła odpowiedzialność rozeznania wydarzeń, które wkrótce miały przekroczyć granice niewielkiej warmińskiej wsi.
Cień nad klonem

Wieści o wydarzeniach w Gietrzwałdzie rozeszły się szybciej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Już w drugim tygodniu pod klon zaczęli przychodzić mieszkańcy okolicznych wsi, w trzecim pojawili się pielgrzymi z dalszych stron Warmii, a wkrótce także z innych zaborów. W dni powszednie gromadziły się tysiące; w niedziele i święta liczba modlących się sięgała ośmiu, a nawet dziesięciu tysięcy osób. Wieś licząca niespełna czterystu mieszkańców nie była przygotowana na taki napływ ludzi.
W tych pierwszych tygodniach dziewczęta zdążyły zadać już wiele pytań.
3 lipca zapytały, jak długo potrwa objawienie. Odpowiedź była konkretna: Będę tu jeszcze dwa miesiące.
4 lipca pytały o chorych. Usłyszały: Niech chorzy odmawiają różaniec.
6 lipca przekazały kolejne polecenie: w miejscu objawień ma stanąć kapliczka, a chorzy mogą kłaść na ziemi płótna, które – noszone z modlitwą – przyniosą im ulgę.
Napływ pielgrzymów sprawiał jednak, że coraz trudniej było zachować porządek. W dniu 22 lipca dziewczęta opowiedziały, że Piękna Pani była smutna. Powód miał być prosty i bolesny: wielu przychodziło z ciekawości, nie z modlitwy; nie wszyscy klękali, nie wszyscy zachowywali skupienie.
Proboszcz zrozumiał, że musi wprowadzić wyraźniejszy ład. Postanowił, że dzieci będą przewodziły modlitwie, stojąc najbliżej klonu. Tłum podzielono na stany. Młodzieńcy i kawalerowie gromadzili się pod zieloną chorągwią, panny pod białą, matki i mężatki pod czerwoną, ojcowie i mężczyźni żonaci pod popielatą. Porządek miał chronić modlitwę przed chaosem.
Problemy zaczęły się 24 lipca. Tego dnia po raz pierwszy zapomniano wynieść chorągwie na cmentarz przy kościele, gdzie zbierał się lud. Było to drobne zaniedbanie, lecz w atmosferze napięcia nabrało szczególnego znaczenia. Nazajutrz modlitwa przebiegała jak zwykle. Tłum stanął w wyznaczonych miejscach. W czasie trzeciej tajemnicy różańca dziewczęta uklękły i zamarły w bezruchu, wpatrzone w miejsce między gałęziami klonu. Po nabożeństwie Justyna, jak zawsze, zdała relację proboszczowi. Powiedziała, że Maryja upomniała się o porządek: chce, aby chorągwie i krzyż były podczas modlitwy wynoszone.

Słowa te zdawały się potwierdzać duszpasterskie rozeznanie księdza Augustyna. Jeśli z nieba przyszło to samo wezwanie, które on sam uznał za konieczne, był to znak umocnienia. Lecz gdy przed proboszczem stanęła Barbara, jej relacja zabrzmiała inaczej. Mówiła, że widziała chorągwie i krzyż przy Najświętszej Maryi Pannie – jakby już były obecne przy objawieniu. Różnica była subtelna, lecz wystarczająca, by wzbudzić niepokój.
Proboszcz zamilkł. Jeśli dziewczęta nie przekazują tego samego, cała sprawa traci wiarygodność. Wątpliwość, choćby najmniejsza, mogła przekreślić wszystko. Rozgniewany zabronił dziewczętom przychodzić wieczorem pod klon, a nawet ogłosił zebranym, by więcej tam nie przychodzili.
Barbara, posłuszna poleceniu, nie przyszła wieczorem na miejsce modlitwy. Została w Worytach. Była smutna, ale podporządkowała się decyzji duszpasterza. Justyna natomiast ukryła się za płotem. Nie chciała występować przeciw proboszczowi, a jednak czuła, że nie może odejść. Tam, w cieniu ogrodu, usłyszała polecenie, by przekazać proboszczowi: Niech Barbara powie, co widziała. Po nabożeństwie, z wyraźnym lękiem, udała się na plebanię. Mówiła cicho, jak ktoś, kto wie, że każde słowo może zadecydować o losie całego wydarzenia. W tym samym czasie przed proboszczem stanął worycki gospodarz Józef Gross, zapewniając o prawdomówności Barbary.
Cień zawisł nad klonem. Zaufanie zostało wystawione na próbę. Justyna usłyszała w tym czasie od Objawienia: Jeszcze mniej ludzi będzie wierzyło, będą jeszcze większe prześladowania, ale dla waszego dobra. A była to dopiero zapowiedź większego sprawdzianu.
Świadkowie objawienia
Od połowy lipca do dziewcząt, Barbary i Justyny, zostały dołączone jeszcze dwie osoby w dojrzalszym wieku: wdowa Elżbieta Bilitewska i panna Katarzyna Wieczorkówna. Do tej pory świadectwo należało do dzieci – trzynastoletnich dziewczynek, prostych, nieskomplikowanych, łatwych do przesłuchania i obserwacji. Teraz do grona widzących dołączały osoby starsze, o własnych przeżyciach, doświadczeniach, lękach i oczekiwaniach.
Elżbieta Materna urodziła się 28 lipca 1831 roku w domu Franciszka i Rozalii z Zawadzkich. Wychowała się w Nagladach, wiosce oddalonej od Gietrzwałdu o kilka kilometrów. Mając 23 lata wyszła za chałupnika Antoniego Bilitewskiego. W szczęśliwym małżeństwie wytrwali 16 lat i doczekali się ośmiorga dzieci. Pierwsze objawienie miała 12 lipca, gdy podczas różańca zobaczyła górną część ciała Najświętszej Panienki z koroną na głowie.

Katarzyna Wieczorek urodziła się w Nowym Młynie 25 listopada 1853 roku jako córka Jakuba i Anny z domu Mateblowskiej. Dwa lata przed objawieniami zmarł jej ojciec. Od tego momentu mieszkała z matką i jedenastoletnim bratem w Gietrzwałdzie. Zajmowała się tkactwem, przędzeniem, a także pracą w polu. Pierwsze widzenie miała, jak jej się wydawało, już 29 czerwca. 13 lipca znów zobaczyła tę samą postać, której widzenia towarzyszyły jej do końca.
Ksiądz Franz Hipler, przysłany przez biskupa Filipa Krementza do zbadania fenomenu objawień, w swoim sprawozdaniu tak opisuje tę chwilę: Z czterech w bliskim sąsiedztwie położonych miejscowości rodem i co do stanu, i co do wieku, jako też co do powierzchownej postaci i umysłowych zdolności od siebie różne, widzą też Maryję odpowiednie do swego usposobienia w postaci różnej. Dziatki widzą ją na krześle jako macierzyńską nauczycielkę, stolicę mądrości, wdowa jako Czcigodną Matkę Boską, dziewica jako Pannę najśw[więtszą].
Słowa te nie były pochwałą różnorodności, okazały się sygnałem ostrożności. Kościół wiedział, że tam, gdzie pojawia się nadzwyczajność, pojawia się również ludzka wyobraźnia. I właśnie dlatego potrzebne było rozeznanie.
Pokuśnik
Przełom lipca i sierpnia w Gietrzwałdzie był zaskakująco spokojny. Tłumy gromadziły się trzy razy dziennie na modlitwie. Objawienia czterem wizjonerkom następowały regularnie i trwały od ośmiu do dziesięciu minut. W tym czasie pozostawały nieruchome, zapatrzone w jedno miejsce, z twarzami pełnymi skupienia i podziwu. Maryja była pytana o sprawy Kościoła i o sprawy prywatne. Najczęściej wzywała do gorliwej modlitwy i nawrócenia. 3 sierpnia, poproszona o błogosławieństwo, odpowiedziała krótko: Błogosławię teraz i zawsze. Pod koniec sierpnia zapowiedziała także zakończenie objawień na dzień 8 września.

Ten miesiąc był czasem wyjątkowo radosnych wydarzeń. Kapliczka, o którą Piękna Pani prosiła miesiąc wcześniej, została ukończona 7 sierpnia. Figura, zamówiona w jednym z najlepszych warsztatów w Monachium, miała dotrzeć do Gietrzwałdu na początku września. Kilka dni później, 13 sierpnia, biskup Filip wydał także oficjalną zgodę na jej pobłogosławienie. W tych dniach dotarła również wiadomość z Belgii. WBois d’Haine mieszkała Ludwika Lateau, znana mistyczka, doświadczająca ekstaz i wizji Męki Pańskiej. Do jej proboszcza przesłano liście z klonu i płótno pobłogosławione podczas objawień. W czasie jednego zwidzeń przysunięto jej te przedmioty, aby zobaczyć reakcję. Według świadków uśmiechnęła się wyraźnie, jakby rozpoznając ich pochodzenie. Radość była wielka. Zdawało się, że wydarzenia z małej warmińskiej wioski znajdują potwierdzenie daleko poza jej granicami. Nie trwała jednak długo.
Zwykle po zakończeniu różańca dziewczęta wracały do domów, by powrócić na kolejna modlitwę. 10 sierpnia, w uroczystość świętego Wawrzyńca, Justyna zamiast iść prosto do gospodarza, u którego mieszkała, wstąpiła do domu szwaczki Katarzyny Henning. Katarzyna wraz matką szyły nową suknię dla jej starszej siostry.
Dziewczynka weszła do izby radosna i spokojna. Chociaż pokój nie był ani ciemny, ani duszny, już po chwili zaczęła słabnąć. Zbladła nagle, jakby uszło z niej życie. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Kobiety położyły ja na łóżku, sądząc, że to zwykłe omdlenie.
Nie spała długo. Poczuła dotyk w ramię. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła Maryję w taki sam sposób, jak widzi ją zawsze pod klonem. A u Jej stóp stało sześć trumien. Na jednej widniał napis „Justyna Szafryńska”. Usłyszała także w sercu polecenie, by odtąd przychodzić właśnie do tego miejsca.
Kiedy wyszła od szwaczek, niewiele myśląc, od razu przekazała te informację Barbarze. Itak około godziny trzeciej po południu obie znalazły się znów w domu Henningów. Kiedy tylko przestąpiły próg, obie poczuły mdłości i osłabienie. Kobiety z troski pozwoliły dziewczętom położyć się i odpocząć, nie znając powodu tak złego samopoczucia i składając je na zmęczenie czy pogodę.
Barbara zasnęła, by po chwili – tak jak Justyna – poczuć trącenie w ramię i dostrzec Piękną Panią, jak widzi ją zwykle przy klonie, która z całą stanowczością mówiła: Ja wam teraz zawsze tu pokazywać się będę. Przychodźcie codziennie tu, chociażby wam inni surowo zakazywali.
Ukazał się jeszcze anioł trzymający szarfę z napisem: „Rozjaśnienie nad swoimi grzechami, chcąc je dobrze poznać”. Po czym widzenie zniknęło.
Dziewczęta ani nie zrozumiały napisu, ani całej tej sytuacji. Czuły się bardzo zmęczone i wewnętrznie zaniepokojone tym, co się wydarzyło. Kiedy doszły do siebie, od razu poszły z tymi wieściami do proboszcza.
Ten nie dał wiary ich słowom. Zganił ich nieposłuszeństwo, bowiem miały udawać się prosto do domów gospodarzy, u których przebywały. Przy wieczornej modlitwie przykazał dziewczętom zapytać Matkę Bożą, czy mają go słuchać. Usłyszały odpowiedź dobitnie prostą: Macie księdza słuchać.
Jeszcze większe doświadczenie przyszło na starsze kobiety. Apogeum tych wizji, pochodzących od kusiciela, miało miejsce od 13 do 17 sierpnia. Nagle zmieniły się kolory widzenia – płaszcz Maryi, dotąd biały lub lekko niebieskawy, stał się złoto-żółty. U Jej stóp pojawiali się to ojciec święty, to grób Chrystusa, aż w końcu zobaczyły pochód pogrzebowy i trumny oraz słowa: Ta trumna jest dla was wszystkich, albowiem przyjdzie zaraźliwa choroba i wielu umrze.
Miały także widzenie w trakcie rozmowy z proboszczem na plebanii. Tam jednak, gdy widzieli je inni, przerażeni byli widokiem ich twarzy.
Gdy udało się opanować tę sytuację, proboszcz polecał widzącym pytać, dlaczego to się wydarzyło i skąd były te widzenia. Otrzymały odpowiedź, że było to od złego ducha. Wdowa, która dopytywała, dlaczego ją to spotkało, dowiedziała się, że przez pychę została wystawiona na próbę. Katarzyna także czuła się z tym źle i dopytywała. Otrzymała odpowiedź, że za mało ufa i za bardzo boi się prześladowań. Tak różnymi drogami pokuśnik chciał widzące odciągnąć od prawdziwego źródła objawień.
Jeszcze raz zaatakował zły duch 8 września, gdy tuż po pobłogosławieniu przez Maryję źródełka znajdującego się na polu księdza proboszcza, przy normalnym wieczornym różańcu nagle padł na tłum dziwny strach. Gdy modlitwa dobiegała końca, zebrani ludzie zaczęli krzyczeć, wołać: Matko Boska!

Słyszano świst, uderzenia wiatru, huk jakby odgłosy armat. Jedni mówili później o diabłach, inni, że widzieli Maryję. Powstało wielkie zamieszanie, które uspokoiło się dopiero, gdy tłum jednogłośnie zaczął wołać hymnem Witaj Królowo. Zrozumiano wówczas, że te manifestacje pochodziły od złego ducha.
Źle kończy się także historia dwóch kobiet, które dziś nazywamy jedynie świadkami tamtych wydarzeń. Elżbieta i Katarzyna twierdziły bowiem, że obok objawień maryjnych objawia się także święty Józef. Proboszcz Augustyn, który miał wielkie nabożeństwo do świętego Józefa, uwierzył w to, a nawet poręczył za te kobiety w liście przesłanym biskupowi.
Wiele wskazywało na to, że objawienia te są prawdziwe: treść była bezpieczna i niesprzeczna z magisterium, wizjonerki wydawały się wiarygodne, pojawiła się zachęta do nawrócenia. Było jednak także wiele kontrowersji, jak twierdzenie o wniebowzięciu świętego Józefa czy dokładne liczby dusz wchodzących danego dnia do nieba.
Biskup Krementz napisał 7 maja 1878 roku proboszczowi, „aby nie przykładał żadnej wagi do dalszych objawień i aby obydwu osobom zakazał nocnego nabożeństwa do św. Józefa”.
Kobiety wzbraniały się jeszcze, tłumacząc, że Maryja z tego powodu jest smutna. Gdy objawienia maryjne zakończyły się, sumienie wyrzucało jednak Katarzynie tę sytuację tak bardzo, że w1880 roku przyznała się do kłamstwa i do tego, że porozumiewała się z wdową Bilitewską co do treści, jakie miały przekazywać, symulując objawienia.
Dla proboszcza był to cios. Przepraszał w pismach biskupa i przyznawał się do błędu. Sytuacja ta zaważyła również na wiarygodności kobiet, dlatego w dekrecie uznającym prawdziwość objawień nie zostały wymienione.
Po zakończeniu objawień Katarzyna Wieczorek złożyła śluby w zgromadzeniu szarytek w Krakowie i tam, jako siostra Teresa, została pochowana na cmentarzu Rakowickim 10 października 1897 roku.
Wdowa Bilitewska natomiast do końca życia posługiwała na plebanii w Gietrzwałdzie i tam zmarła nagle między plebanią a kościołem. Pochowano ją na cmentarzu w Gietrzwałdzie, a na jej grobie zawieszono tabliczkę: „Świadek objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie”. Tabliczkę tę usunięto w dniu odczytania dekretu zatwierdzającego objawienia w1977 roku.
Ostatnie dni objawień

Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny obchodzono w diecezji warmińskiej bardzo uroczyście. W Gietrzwałdzie miało ono jednak szczególny charakter. Informacja, że po siedemdziesięciu dwóch dniach mają zakończyć się objawienia Matki Bożej, sprowadziła do wioski nieprzebrane rzesze pielgrzymów. Szacuje się, że na południowej modlitwie mogło ich być nawet pięćdziesiąt tysięcy. Pielgrzymi pokonywali często dalekie odległości. Przybywali, jak zanotował ksiądz Hipler: niemieccy i polscy Warmijacy, Litwini i Mazurzy, Kosznejdrzy i Kaszubi, Górale i Olędrzy, bardzo licznie Polacy nie tylko z pruskiej dzielnicy i Galicji, lecz także z Rosji.
Wrzesień rozpoczął się deszczowo. Padało w nocy z 7 na 8 września, a także nad ranem w dniu święta. Podczas porannego objawienia wdowa Bilitewska wspomniała, że Maryja – bez żadnego przypominania – zapowiedziała spełnienie prośby proboszcza i pobłogosławienie źródełka, aby chorzy mogli czerpać z niego wodę i dostąpić uzdrowienia. Nie powiadomiono o tym pielgrzymów, aby nie wywoływać tłoku. Dlatego około godziny siódmej wieczorem w okolice źródełka udało się dwudziestu trzech duchownych, kilkanaście osób świeckich oraz cztery wizjonerki.
Odmawiając modlitwy, oczekiwano na widzenie. Gdy się rozpoczęło, Maryja pobłogosławiła źródełko oraz obecnych tam ludzi. Następnie wszyscy udali się na cmentarz w okolice klonu, gdzie miało dokonać się kolejne objawienie.
Jak zawsze, przy kolejnej tajemnicy różańca, Maryja ukazała się widzącym w sposób uroczysty. Po manifestacji złego ducha, o której wspomnieliśmy wcześniej, objawienie zakończyło się i następnego dnia już nie powróciło.
Objawienia miały zakończyć się właśnie 8 września, jak zapowiedziano wcześniej. Ich trwanie przedłużyło się jednak jeszcze o kilka dni. Stało się tak dlatego, że figura Matki Bożej, zamówiona w Monachium do nowej kapliczki, nie dotarła na czas. Według relacji wizjonerek Maryja zapowiedziała, że będzie ukazywać się aż do chwili jej poświęcenia.
Jeszcze przez kilka dni Matka Boża ukazywała się widzącym, przekazując wskazania dotyczące poświęcenia figury i kapliczki w miejscu objawień. Umacniała także odwagę wizjonerek wobec trwających prześladowań Kościoła oraz zapowiadała trudności, jakie mogą spotkać widzących z powodu objawień. Zachęcała również, aby ludzie przychodzili na to miejsce modlitwy, zapewniając, że będzie tam obecna.
W niedzielę 16 września 1877 roku przygotowano nabożeństwo nadzwyczaj uroczyste. Wielu pielgrzymów przybyło ze wszystkich stron. Trzech kapłanów polskich spowiadało licznych wiernych. O godzinie 15.00 procesja ruszyła z plebanii do kościoła przy uroczystym biciu dzwonów. Tłum śpiewał Witaj Królowo, a śpiewowi towarzyszyła orkiestra.
Czterech kapłanów – proboszcz Augustyn Weichsel, Łomnicki z diecezji chełmińskiej, Euchaust z diecezji gnieźnieńskiej oraz Herrmann z Biskupca, późniejszy biskup sufragan – przeniosło figurę i ustawiło ją na głównym ołtarzu. Dziekan dekanatu olsztyńskiego Augustyn Karau, odmówił przepisane modlitwy błogosławieństwa. Następnie procesja ruszyła w kierunku kapliczki, gdzie umieszczono figurę. Wówczas przestał padać ulewny deszcz.
Ku pokrzepieniu serc pielgrzymów wygłoszono dwa kazania – po polsku i po niemiecku. Odmówiono także różaniec, jak prosiła o to Maryja.
Wieczorem, około godziny siedemnastej, rozpoczęto – jak zwykle – modlitwę różańcową. Maryja po raz ostatni ukazała się widzącym. Pobłogosławiła figurę i zgromadzone tłumy, a jako ostatnie wezwanie powiedziała: Odmawiajcie gorliwie różaniec.
Potem Niepokalanie Poczęta Pani odeszła. W ten sposób zakończyły się wydarzenia gietrzwałdzkie roku 1877.
Warmia w czasach Kulturkampfu

(fotopolska.eu)
Objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce w szczególnie trudnym czasie dla Kościoła katolickiego na ziemiach polskich. Warmia znajdowała się wówczas w granicach państwa pruskiego, a całe Cesarstwo Niemieckie przeżywało okres ostrego konfliktu między państwem a Kościołem. Spór ten przeszedł do historii pod nazwą Kulturkampf, czyli „walki o kulturę”.
Politykę tę prowadził kanclerz Otto von Bismarck, który po zjednoczeniu Niemiec w1871 roku dążył do wzmocnienia państwa i ograniczenia wpływu Kościoła katolickiego. Władze pruskie obawiały się, że katolicy – zwłaszcza w regionach zamieszkanych przez ludność polskojęzyczną – mogą pozostać bardziej lojalni wobec Kościoła i papieża niż wobec państwa. Wprowadzono więc szereg ustaw ograniczających działalność Kościoła.
Najbardziej dotkliwe były tzw. ustawy majowe z 1873 roku, które podporządkowały państwu wiele spraw dotychczas należących do Kościoła. Państwo zaczęło ingerować w kształcenie duchowieństwa, obsadzanie stanowisk kościelnych oraz działalność zakonów. Zamykano seminaria duchowne, likwidowano klasztory, a duchownych sprzeciwiających się nowym przepisom skazywano na grzywny lub więzienie.

(fotopolska.eu)
Warmia – region o silnej tradycji katolickiej – również odczuła skutki tych wydarzeń. Władze pruskie prowadziły uważną obserwację życia religijnego. Księża, którzy nie podporządkowywali się nowym przepisom, byli karani finansowo, a niekiedy także więzieniem. Takie doświadczenia spotkały między innymi proboszcza gietrzwałdzkiego, księdza Augustyna Weichsela.
Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że ziemie polskie pozostawały podzielone pomiędzy trzy państwa zaborcze: Rosję, Prusy i Austrię. W zaborze pruskim prowadzono intensywną politykę germanizacji, ograniczając używanie języka polskiego w szkołach i życiu publicznym. Kościół katolicki pozostawał dla wielu mieszkańców jednym z najważniejszych miejsc zachowania języka, tradycji i tożsamości.
Warmia była przy tym regionem wielojęzycznym. W wielu wsiach ludność posługiwała się na co dzień gwarą warmińską, będącą odmianą języka polskiego. Język niemiecki był natomiast językiem administracji, urzędów i szkolnictwa. W gietrzwałdzkiej parafii posługiwano się oboma językami.
W tym kontekście szczególne znaczenie miała wiadomość o języku objawień
w Gietrzwałdzie. Dziewczęta – Justyna Szafryńska i Barbara Samulowska – zadawały pytania w swojej codziennej mowie, bliskiej gwarze warmińskiej. Według ich relacji odpowiedzi Maryi brzmiały „po naszamu”, w ich codziennym prostym języku, zrozumiałym dla dzieci. Do dziś Gietrzwałd pozostaje jedynym na świecie uznanym miejscem objawień maryjnych, w których Maryja przemówiła po polsku. Dla wielu wiernych miało to ogromne znaczenie. W czasie nasilonej germanizacji fakt, że Matka Boża przemawia w języku ludu, odczytywano jako znak szczególnej bliskości Boga wobec wiernych.

W to duchowe pokrzepienie dla narodu wpisało się także słowo wypowiedziane w czerwcu 1877 roku, na chwilę przed objawieniami przez błogosławionego papieża Piusa IX do Polaków: Błogosławię Koronie Polskiej (regno di Polonia) i proszę Boga, aby to błogosławieństwo spłynęło na całą ziemię Waszą. Ku temu celowi starajcie się usunąć przyczynę niedoli Waszej, którą jest grzech, przyczyna wszelkiego prześladowania.
Zupełnie odwrócona została optyka patrzenia na problem niewoli i zaborów. Jak Maryja wołała o modlitwę i nawrócenie, papież przypomniał, że drogą do wolności zewnętrznej jest prawdziwa wolność wewnętrzna. Dlatego Andrzej Samulowski, krewny Barbary, zapisał swoistą modlitwę:
Nie rozpaczaj, katolicka Polsko! Bo namiestnik Chrystusowy, Ojciec święty w Rzymie niedawno swoją świętobliwą prawicą błogosławił tobie i składając i wznosząc świątobliwie swoje dłonie ku niebu, błagał i błaga dla ciebie zmiłowania Bożego! A jego święte błogosławieństwo i pokorne błagania nie zostaną bez skutku.
Nie rozpaczaj w jarzmie ciężkiej niewoli od wieku zostająca katolicka Polsko! Bo Matka wszechmocnego Boga, Królowa Polski, Królowa Aniołów i świata całego, Matka miłosierdzia, Ucieczka grzeszników, Pocieszycielka utrapionych, Lekarka chorych, uśmiechając się z wesołym obliczem, poogląda na dziatki twe zgromadzone, błogosławi tobie swą najświętszą, najczystszą i pełną łask Bożych, prawicą!
Nie rozpaczaj dotąd nieszczęśliwa, a odtąd uszczęśliwiona katolicka Polsko! Bo gdy Maryja Niepokalanie Poczęta jest z Tobą, któż przeciw tobie?
Ośpiewajże Warmio z największą pokorą i nabożeństwem: Wielbij duszo moja Pana! Bo już nie jesteś nieszczęśliwą zapomnianą; bo już rodzeni bracia twoi przypomną cię sobie, tylko nie unoś się stąd grzesznie, tylko bądź pokorną.
Rosnący rozgłos objawień i przesłanie nadziei na wolność nie mogło jednak pozostać niezauważone przez władze pruskie. W czasie nasilonego konfliktu państwa z Kościołem każde wydarzenie religijne gromadzące tysiące wiernych budziło czujność administracji. Gietrzwałd znalazł się więc pod szczególną obserwacją. Najbardziej odczuli to ci, którzy byli z objawieniami związani najbliżej. Proboszcz parafii, ksiądz Augustyn Weichsel, w kolejnych latach musiał zmierzyć się z licznymi szykanami i procesami ze strony władz. Trudności dotknęły także wizjonerki, które – jeszcze jako bardzo młode dziewczęta – znalazły się w centrum wydarzeń wykraczających daleko poza granice ich rodzinnej wsi.
CZĘŚĆ 1. CZĘŚĆ 3.